Jeszcze kilka dni temu, morze było wzburzone, chmury były ciemne a zimny wiatr targał moje włosy.
Dziś jest spokojne i ciche, słońce jest wysoko, a ja na plaży zrobiłam sobie biuro.
Zza parawanów spoglądają na mnie plażowicze. Trochę z zaciekawieniem a trochę ze zdumieniem. Zeszyt, piasek, i mewa, która chodzi tuż obok czekając aż dostanie jakiś smaczny kąsek. Uciekając zostawiła mi swoje piórko…Pracuję, wśród szumu fal, promieni słońca, śmiechów dzieci i nawoływania Pana, który maszerując z wielkim workiem niczym Święty Mikołaj nawołuje do zakupów kukurydzy i orzeszków.
Uśmiecham się, wystawiając twarz do słońca.
Jestem tu.
Tęskniłam.
To nadmorskie miasto jest moją wielką miłością. Ogromnym marzeniem, do którego spełnienia wciąż dążę, choć po wielu rozmowach decyzja chyba w końcu zapadła.
Tylko tutaj czuję się tak dobrze. Mogę spacerować wzdłuż plaży trzymając córkę za rękę. Jestem szczęśliwa, że mogę pokazać jej to co tak bardzo kocham. Pokazałam jej już góry, chciałam, żeby tak jak ja cieszyła się bliskością zieleni, zapachem lasów, ale za każdym razem gdy wędruję po górach, tęsknię za morzem.
Dlaczego kocham to miasto? Kocham je za plażę, za jego piękno, za kwitnące hortensje, za krzyk mew, zimny wiatr, fale wdzierające się na molo, za taniec na statku, za zapach, za ludzi.
Jest taki przystanek…, na którym spotykam ludzi. Niesamowitych. To jest magiczne, że za każdym razem spotykam nieznajomych i rozmawiam z nimi tak jakbym znała ich całe życie.
W czwartkowe popołudnie spotkałam pewnego Pana- mieszkańca miasta, rozmawialiśmy przez całą drogę. Poznałam jego historię- on poznał moją. Wysiadałam z autobusu, pomachałam mu i pożyczyłam wszystkiego dobrego. Pomachał mi i oddalił się. A ja odwracając się powiedziałam do męża- „jaki wspaniały człowiek”. Tak mam. Uśmiecham się do ludzi i zawsze życzę im wszystkiego dobrego. I nie jest to pompatyczne i nad wyrost wymuszone. Jest prawdziwe, a tu ma szczególne znaczenie.
Innym razem w autobusie spotkałam pewną panią, która opowiedziała mi o codzienności w tym miejscu. Poskarżyła się na deweloperów, ale z uśmiechem dodała- „ A wie Pani, że ja już od października chodzę w czapce? Ściągam ją dopiero w maju”. To było fenomenalne. Ona wyraziła swoją miłość do tego miejsca właśnie w tej czapce. Mimo tego, że deweloperzy bezlitośnie budują kolejne betonowe kloce (co jest przykre, że za nic mają naturę. Mogliby choć do niej nawiązać- wszak tej wyjątkowości nie można zniszczyć) ona i tak kocha to miejsce. Nie wiem czy tak samo jak ja, w końcu mieszka tam całe życie, a ja tylko przyjeżdżam, żeby zanurzyć się w tym miejscu.
Gdzie mogę spotkać lisa, który tak po prostu podejdzie do mnie i z przebiegłością popatrzy mi w oczy i ukradnie piłkę? Tylko tu. W środku nocy. Na ogrodzie.
Ahh ogród…, jest piękny. A jego największą ozdobą jest ogromna araurkaria- majestatyczna wręcz. Wielka, dumna, wznosząca swoje gałęzie ku górze. Jej liście a właściwie igły są ostre, szerokie, wydają się być delikatne, ale tak naprawdę są silne i ostrzegają przed zbyt pochopną decyzją aby je dotknąć.
Spaceruję wzdłuż bulwarów, zaglądam do restauracji. Obserwuję gości, czytam karty menu. Zachwycam się zapachami. Szukam inspiracji.
Odwiedzam miejsca mi bliskie, tam gdzie zostawiliśmy swoje wspomnienia. Tuż obok portu jest mała cukiernia a obok niej stragan z owocami a na nim ogromne śliwy, soczyste, słodkie. Uniosłam głowę aby przeczytać nazwę tej cukierni i oniemiałam.
Tak!
Nazwa cukierni i te śliwki dały mi pomysł na nowe ciasto. W sekundę.
Biegnę po zeszyt (bo on zawsze jest ze mną) siadam i zapisuję. Mam to! Proporcje? Policzę w domu.
Przy wejściu na plażę zauważyłam Pana, który układał wielkie muszle na trawie. Zaciekawiona podeszłam i zobaczyłam wielką rozgwiazdę. Już jest moja. Kocham muszle i rozgwiazdy- przywiozłam ich mnóstwo, lecz to mnóstwo okazało się być za małą ilością.
Ku mojej uciesze moja przyjaciółka obiecała mi, że już za kilka dni przywiezie mi kolejne piękne okazy.
Wysłałam jej zdjęcie z plaży i napisała mi, że miałam odpoczywać. Odpoczywam. Pisząc. Nic mnie tak nie relaksuje jak papier, długopis i szum fal. Można piękniej? Nie można.
Jak mam nie pracować skoro w drodze tutaj dostałam wiadomość, że mój pierwszy ebook będzie miał swoją premierę na koniec miesiąca? Skrzydła mi urosły.
To już ostatnia noc… Spędzona na ogrodzie do 4.00 nad ranem. Zachwycałam się ciszą, szumem morza, ciepłym, delikatnym wiatrem, gwiazdami na niebie.
I myślałam. Planowałam. Coś sobie obiecałam.
Uroniłam kilka łez, bo ciężko się rozstać jeśli coś kocha się tak bardzo…
A przed oczami wciąż mam wzburzone, ciemne morze i rufę statku, który płynie dalej i dalej pozwalając mi wdychać morski zapach i zachwycać się tą chwilą…, gdzieś na środku morza.
Wrócę.
Jadę pracować by wrócić.
Już niedługo.
Dziękuję za zachód słońca.
Kiedyś z lampką winą z NIM. Teraz w trójkę z NIMI.
Kocham.
A.



