Nigdy nie myślałam o sobie jak o cukierniku. Zresztą, nie jestem nim. Studia skończyłam z tytułem nie mającym, nic wspólnego z cukiernictwem.
Cukiernik. To do mnie nie pasuje. Ja nie szukam kolejnego przepisu. Nie przenoszę ich. Nie kopiuję. I owszem mówiłabym nieprawdę gdybym nie powiedziała, że nie czytałam książek z przepisami, że ich nie kupowałam.
Czytałam, kupowałam, piekłam z przepisów. Jednak pojawiła się myśl…” czy ja też mogę stworzyć coś swojego?” Mogę. A czy potrafię? Warto spróbować.
Zaczęłam od poszukiwania emocji. Od kilku kroków wstecz. Nie, nie kroków. Kilka a nawet kilkanaście lat wstecz.
Do domu, do dzieciństwa. Do rodziny.
Wierzę, że smak podobnie jak muzyka, potrafi opowiadać historie.
Najpierw pojawia się jedna nuta.
Delikatna.
Nieśmiała.
Potem dołącza kolejna. Czasem kontrastuje z pierwszą. Czasem ją uspokaja. Jeszcze inna zaskakuje. I nagle wszystkie zaczynają ze sobą rozmawiać.
Nie walczą o uwagę. Tworzą harmonię. Dokładnie tak rodzą się moje autorskie kompozycje smaków. Nigdy nie tworzę ich przypadkiem. Każdy składnik musi wiedzieć, po co tam jest. Interesuje mnie równowaga.
Wszak największe piękno rodzi się wtedy kiedy niczego nie trzeba dodawać ani odejmować.
To trochę jak komponowanie walca. Każda nuta ma swoje miejsce. Każda cisza ma swoje znaczenie. I choć słuchacz słyszy zaledwie kilka minut muzyki, kompozytor wie ile prób, skreśleń i nieprzespanych nocy kryje się pomiędzy pierwszą a ostatnią nutą. Z moimi ciastami jest dokładnie tak samo.
Widząc gotowy deser, widzicie efekt. Nie widzicie zapisanych kartek z pomysłami. Nieudanych prób. Notatek, do których wracam po tygodniach. Wieczorów, kiedy jeden pomysł zastępuję drugim, bo czuję, że to jeszcze nie brzmi, nie smakuje…
Dla mnie smak również potrafi brzmieć. I podobnie jest z pisaniem.
Każdy wpis na tym blogu i na profilu FB zaczyna się od pustej kartki. Tak. Kartki.
Piszę, skreślam, wracam.
Zmieniam jedno słowo, potem drugie. Zdania, tak samo jak smaki, powinny mieć swój rytm. Powinny płynąć. Powinny zostać z człowiekiem jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej kropki.
Dzisiaj żyjemy w świecie, w którym bardzo łatwo coś powielić.
Można przepisać przepis, można powtórzyć dekorację lub skopiować tekst.
Jest jednak jedna rzecz, której nie da się skopiować- momentu narodzin pomysłu.
Nie da się pożyczyć czyjejś wyobraźni. Nie da się odtworzyć wrażliwości.
Nie da się skopiować godzin spędzonych na szukaniu własnej drogi. Bo prawdziwa twórczość nie zaczyna się na kartce. Nie zaczyna się w misce. Nie zaczyna się na ekranie komputera.
Zaczyna się w sercu. I właśnie tam powstają wszystkie moje autorskie kompozycje smaków. Tam rodzą się słowa, które później czytacie na blogu. Tam powstają receptury, które trafiają do mojego zeszytu. I tam dzień po dniu, pisze się również mój ebook.
Nie dlatego, że chcę stworzyć kolejną książkę z przepisami. Chcę stworzyć, coś co będzie miało mój podpis.
Nie ten złożony z liter. Ten, którego nie widać.
Podpis złożony z odwagi, z wyobraźni i wrażliwości. A przede wszystkim z serca. Bo właśnie jego nie da się skopiować. Nigdy.
Moim podpisem jest smak, moja pasja i moje słowa. Tylko moje.
„Są rzeczy, których nie chroni żaden urząd. Nie zamknie ich żaden znak towarowy. Bo prawdziwa twórczość od zawsze miała tylko jedno miejsce, w którym była naprawdę bezpieczna- serce autora”.
A.



