Gdyby ktoś zapytał mnie jak wygląda mój dzień to powiedziałabym, że to zależy od tego, o której godzinie zadzwoni telefon lub przyjdzie wiadomość. Bo choćby mogło się wydawać, że moja praca zaczyna się od włączenia piekarnika, prawda wygląda trochę inaczej.
Często już rano, po ósmej w drodze do pracy zaczyna się mała organizacyjna układanka.
Wiadomość w sprawie jajek, wiadomość w sprawie sera, zamawianie owoców w gospodarstwie i szybki bieg do kwiaciarni. Tam chwilka przyjemności, bo wybieramy kwiaty, a moje oczy są pełne zachwytu 😊
Później z błagalnym tonem telefon albo odwiedziny u Gosi „błagam o 15 motyli na jutro”, a ona z anielskim spokojem mówi „dobrze”, i już wiem, że nie tylko będzie dobrze, ale też zachwycająco pięknie.
I nagle okazuje się, że zanim zdążę pomyśleć o pieczeniu, mam już za sobą kilka rozmów i długą listę spraw do załatwienia.
Czasem śmieję się, że jedno ciasto potrafi zaangażować więcej osób, niż mogłoby się wydawać.
Bo za każdym wypiekiem stoją ludzie, których nie widać na zdjęciach.
Są panie florystki, gospodarstwo rolne, farma sera, jest pani scraperka (niezwykła artystka), pani, która wycina toppery- jednym słowem wszyscy dzięki, którym mogę znaleźć dokładnie to, czego potrzebuję. Wszyscy dzięki, którym mogę pracować. I jestem im bardzo wdzięczna za współpracę.
A uwierzcie mi, czasem znalezienie odpowiednich dodatków przypomina prawdziwe poszukiwania skarbów. Szczególnie wtedy, gdy w głowie mam już konkretną wizję i nie chcę iść na kompromisy.
Jednak bardzo lubię ten moment przygotowań. Lubię wiedzieć skąd pochodzą składniki, które trafiają do mojej kuchni. Lubię rozmowy z ludźmi, którzy wkładają tyle samo serca w swoją pracę, ile ja wkładam w moje wypieki.
A potem przychodzi chwila, gdy wszystkie składnik i dekoracje są już na miejscu.
W kuchni zaczyna pachnieć ciastem.
Robot pracuje, owoce czekają na swoją kolej, a ja po raz kolejny przypominam sobie, dlaczego tak bardzo kocham to co robię.
Bo choć na zdjęciu widać tylko gotowe ciasto, za każdym kawałkiem kryje się znacznie więcej.
Ludzie.
Historie.
Kilka telefonów.
Kilka kilometrów w samochodzie.
I bardzo, bardzo dużo serca.



